poniedziałek, 4 czerwca 2012

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Jak właściwie w naturze wyglądają KAPARY?... poniedziałek, 4 czerwca 2012




    
       Grecja jest krajem obfitującym w różnego rodzaju zioła, dzięki czemu powstają  tu fenomenalne przyprawy. Zawsze mam wrażenie, że greckie oregano, mięta czy na przykład tymianek, pachną intensywniej  niż te dostępne w Polsce.
      Tak się akurat składa, że Jani uwielbia zbierać wszelkiego rodzaju zioła, czy też inne skarby natury. Za każdym razem, kiedy wybieramy się na spacer po okolicy, napotykamy się na krzaczek oregano czy mięty, nie wspominając o dwóch wielkich krzewach rozmarynu, które rosną przy naszym przyszłym domu.
    Najbardziej byłam jednak zaskoczona, kiedy pierwszy raz zobaczyłam jak tak naprawdę wyglądają kapary! Można by pomyśleć, że skoro na półce w supermarkecie stoją obok oliwek, również i w naturze wyglądać będą podobnie. Ale nic jednak z tego J Kapary w naturze są krzakami. A ponieważ wiele do szczęścia im nie potrzeba, krzaki te rosną właściwie wszędzie, gdzie jest choć trochę ziemi.
     Najlepszy sezon na kapary jest właśnie teraz. Te które wyjmujemy ze słoika, są tak naprawdę nierozwiniętymi jeszcze pąkami kwiatów. Kwiaty, które powstają, jeśli pozostawić by pąki na krzaku kilka dni dłużej, mają delikatne białe kwiatki, z odrobiną domieszki różu. Są naprawdę piękne i przez to czasem traktuje się je jako ozdobę. Ale uwaga przy zbieraniu: kapary mają kolce!
    Żeby doprowadzić kapary do postaci, w której je jemy, nie trzeba się wiele natrudzić. Wystarczy pąki nierozwiniętych jeszcze kwiatów, zostawić na kilka godzin w soli (od 6 do 10 godzin). Następnie zalać wodą z domieszką octu (proporcja to kwestia smaku). Zamknąć w słoiku i poczekać 3 miesiące.
     Zebrane przez nas kapary właśnie szczelnie zamknęliśmy i  czekamy więc do wrześniaJ
     A tak na marginesie: czy wiedzieliście, że kapary uznawane są za przyprawę?








czwartek, 31 maja 2012

z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – Przystanek – lotnisko w Atenach… czwartek, 31 maja 2012


Ruchomy chodnik to naprawdę świetne rozwiązanie


      Wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Mimo, że pogoda w Grecji jest jeszcze (ku zaskoczeniu) dość zmienna, stopniowo pojawiają się turyści, a w wodzie pływają pierwsi śmiałkowie. Pełne ruszenie wakacyjnego sezonu, to już więc kwestia góra dwóch tygodni.
     Kryzys, nie kryzys, ale jak każdego roku Grecja przeżyje turystyczny szturm, a wśród podróżujących znajdzie się z pewnością wielu Polaków. Szczególnie więc z myślą o tych, którzy wybierają się do Grecji na wakacje, są w trakcie planowania takiej podróży lub o niej marzą, uruchamiam wakacyjny cykl „Jadę do Grecji na wakacje”. Znajdą się tutaj wszelkie informacje, których raczej nie znajdziecie w przewodnikach o Grecji, a które jeszcze bardziej mogą wzbogacić taką podróż, pomogą ją zorganizować, dobrze przygotować, czy też zainspirować do tego, żeby była jeszcze ciekawsza. Dzięki tym wakacyjnym postom będziecie również wiedzieć: co i jak najlepiej zamówić w tawernie, jak nie dać się zwieść recepcjoniście w hotelu i jak to się dzieje, że w Grecji „nie” oznacza „tak” oraz… dlaczego nie wolno wrzucać papieru do klozetu i dlaczego kiedy bierzecie prysznic  nagle kopie was prąd? J
     Jeśli macie jakieś szczególne pytania, sugestie czy też propozycje, serdecznie jak zawsze zapraszam do kontaktu! (dizzy70@wp.pl)
    Tak więc zaczynamy, pierwszy przystanek:  lotnisko! J

*** 

Punkt ze zdrową żywnością
      Na lotnisku Venizelosa w Atenach spędziłam kilka samotnych nocy, wiele naprawdę długich godzin czekając na mój samolot, przesiadkę bądź też na kogoś, kto ma mnie odebrać. Mogę powiedzieć krótko: nigdy na tym lotnisku się nie nudziłam! Jeśli więc przyjeżdżacie do Grecji i będziecie musieli spędzić w ateńskim lotnisku nawet kilka godzin –  nie ma się czego obawiać, bo można naprawdę fantastycznie spędzić tam czas. Nawet jeśli nie musicie -  ja i tak radzę zostać tam chwilę dłużej.
    Podejrzewam, że lotnisko Venizelosa może być uznane za jedno z piękniejszych lotnisk Europy. Jest naprawdę śliczne, bardzo nowoczesne i świetnie zorganizowane między innymi  tak, żeby umilić czas czekającym na swój lot.


Wystawa fotografii na III piętrze
    

     Jeśli przyjeżdżając do Grecji obawiacie się braku organizacji, tutaj można zaobserwować od tej reguły wyjątek. Wszyscy pracownicy świetnie mówią po angielsku, jest odpowiedni personel, który koncentruje się tylko na pomocy podróżującym. Samoloty, nawet te na małe wyspy, startują zgodnie ze szwajcarskim zegarkiem, a przy dojściu do właściwego miejsca naprawdę trudno jest się zgubić - wszystko jest bardzo dobrze oznaczone. Co ważne, nie ma tam  stresującej atmosfery. Strażnicy są dość dyskretni. A pracownicy przy ważeniu walizek, często przymykają oko na lekki nadbagaż. Ponadto, co jest ogromnym plusem tego lotniska – zawsze puszczają  w nim  relaksującą muzykę: delikatny jazz lub też przyjemny chillout. Czekając więc na lot można  zacząć się odprężać J
Eksponat z Muzeum Starożytności
     Jak spędzić czas na lotnisku, jeśli macie go zbyt dużo? Ja radzę zacząć pobyt od najwyższego piętra, tuż nad piętrem gdzie znajdują się sklepy. Po pierwsze, możecie zostawić tam na chwilę dzieciaka, bo jest przygotowany specjalny pokój zabaw. Wtedy z dzieckiem lub  też bez malucha, można zacząć zwiedzać galerie (te związane ze sztuką) i muzeum. Tak jest! Kontemplowanie sztuki w Grecji można zacząć już na samym lotnisku! Na najwyższym piętrze znajduje się muzeum z wykopaliskami archeologicznymi. Jest tam kilka bardzo ciekawych starożytnych rzeźb, biżuteria oraz ceramika. W sali obok jest za to galeria, gdzie znajdują się fotografie z najpiękniejszymi nadmorskimi miejscami w Grecji. Można naprawdę się zainspirować przed dalszymi podróżami, bo fotografie zapierają dech w piersiach.


Ceramika z lotniskowego muzeum

     
     Kim był sam Venizelos, od którego nazwę przyjęło lotnisko? Na to pytanie można sobie odpowiedzieć zaglądając na trzecią wystawę. Jest tam prezentacja o najsłynniejszym greckim polityku nowoczesnej Grecji. Elefterios Venizelos (1864 – 1936) to genialny polityk i prawnik, który był aż osiem razy premierem (!!!). Wyciągnął kraj z biedy, przyczynił się do modernizacji Aten i ogromnego wzrostu poziomu życia w całej Grecji. Dziś bezsprzecznie jest uznawany za narodowego bohatera. Podobno odznaczał się niesłychaną charyzmą. Tego wszystkiego możecie dowiedzieć się z fotografii i prezentacji video. No cóż, ta myśl sama  ciśnie się do głowy: szkoda tylko, że dziś nie ma możliwości żeby Venizelos  zmartwychwstał… 

   
Venizelos - charyzmę widać w oczach...
         

Piętro odlotów ze sklepami
     Po takiej dawce kultury, pora się rozerwać. Wystarczy zejść piętro niżej! Piętro, gdzie czeka się na swój lot, zarówno przed odprawą jak i już po, raczej nie kojarzy się z lotniskiem. Mnie przypomina bardziej ekskluzywne centrum handlowe. No cóż, jeśli pozwoli na to portfel, można naprawdę poszaleć w ubraniach, kosmetykach, niesamowicie pomysłowych pamiątkach związanych z Grecją i, co nie będzie zaskoczeniem  – perfumach.
     Kiedy zacznie burczeć w żołądku - pora na obiad! Do wyboru jest kilka klimatycznych miejsc z tradycyjną grecką kuchnią, bo jest to jedna z rzeczy, która napawa Greków zasłużoną dumą. Jeśli jednak interesuje Was coś innego,  do wyboru: wielki bar sałatkowy, włoska pizzeria, a nawet sushi! Wiele wariacji jest również w kwestii kawiarni: od tych bardziej europejskich, do tych typowo greckich. Gdziekolwiek jednak będziecie, ja polecam w szczególności typową kawę po grecku lub zimne frappe na upały. Wiele osób podziela moją opinie, że po cappuccino lub też latte w wydaniu greckim, przez pół dnia można cierpieć na mdłości…


Sklep z greckimi pamiątkami
     
Mniam! Sałatkowy bar :)

     
      Jeśli chodzi o transport do lotniska, również i on jest zaskakująco dobrze zorganizowany. Przy wyjściu  z lotniska, od którego ciągnie się długi ruchomy chodnik, jest podłączone metro. Metrem można w niecałą godzinę dostać się po Pireusu, gdzie na swój statek zmierza większość turystów. Ale uwaga: na odpowiedni pociąg czasami trzeba poczekać nawet i 30 minut.  Metrem w Atenach jeździ się naprawdę bardzo prosto, bo są tylko trzy główne linie.
    Wracając jednak do samego lotniska... Ma ono jeden dość istotny minus. Na lotnisku nie można korzystać z bezprzewodowego, darmowego  internetu. Mamy tu więc jeden zero dla naszego  Okęcia, w którym darmowy internet dostępny jest wszędzie! Pamiętajcie więc, żeby jeszcze przed odlotem z Warszawy zerknąć co nowego u  „Sałatki”, bo później już tak łatwo nie będzie!
     Zastanawiam się  tylko nad jednym: wiem  teraz kim był Venizelos, ale co właściwie oznacza nazwa Okęcie?...


Fotografia z wystawy

     


poniedziałek, 28 maja 2012

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Początek dnia wg Danai… poniedziałek, 28 maja 2012



      

     Ta dość krótka historia wydarzyła się już jakiś czas temu, kiedy to właściwie dopiero co rozpakowałam walizki będąc jeszcze w domu Sałatki. Wtedy też poznałam przyjaciółkę Olivki – Danai.
      Dziewczyny zabrały mnie do kina, później skoczyłyśmy razem na kawę, żeby lepiej się poznać. Olivka ze swoją przyjaciółką uzupełniają się doskonale. Danai jest dość typową młodą Greczynką, przed trzydziestką. Ma niezłą pracę i właśnie zaczyna się usamodzielniać. Jak każda kobieta na kuli ziemskiej codziennie przeżywa swoje  miłosne problemy. Uwielbia chodzić do kina. Godzinami plotkować i jeść czekoladę. Ma swoje drobne kompleksy, ale przede wszystkim niesamowitą życiową energię, która sprawia, że dosłownie w każdej chwili się uśmiecha. Zna połowę miasta. A kiedy kogoś spotyka, zawsze zatrzymuje się na co najmniej piętnaście minut, żeby sobie porozmawiać.
     Kiedy nie znając się jeszcze dobrze, tak stałyśmy w kolejce po bilety do kina, Danai zaczęła z Olivką rozmowę…
-Olivka, muszę ci powiedzieć co zdarzyło się mi dziś rano…
-Co takiego? – spytała Olivka. Zrobiło się dość groźnie.
-Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro iii… Aż musiałam powiedzieć sama do siebie: „Danai… wyglądasz dziś tak pięknie! Dziewczyno - bije dziś z ciebie tak niesamowity blask!!!”
    Olivka skwitowała wypowiedź poważną, zamyśloną miną, a chwilę później rozmowa zeszła na zupełnie inny temat.
     Nie mam pojęcia jak tamtego ranka wyglądała Danai, ale stojąc przy kasie do kina wyglądała całkiem normalnie. W każdym razie, nie to było najważniejsze. Stojąc tak razem  w tej długiej kolejce, starałam się przypomnieć kiedy ja sobie coś takiego powiedziałam, patrząc na odbicie swoich oczu w lustrze? No cóż – nie pamiętam, co znaczyć musi, że pewnie nigdy…
    Myślę jednak, że jest to genialny pomysł na rozpoczynanie każdego tygodnia, czy też nawet każdego dnia…  Ciekawe jak podziała?...
    Tymczasem lecę zaparzać świeżą kawę i biorę się do pracy!
    Może nikt mi nie uwierzy, ale w Grecji cały weekend dość chłodny i całkiem deszczowy. Mimo wszystko – słonecznego tygodnia!





piątek, 25 maja 2012

Zamiast kawy po grecku – dziś koniecznie piwo!... piątek, 25 maja 2012


         

      Bardzo lubię obchodzić wszelkie święta, a szczególnie te najbardziej nietypowe. Czy wiedzieliście, że istnieją takie okazje do świętowania jak na przykład: Dzień Pierogów, Dzień Sapera (swoją drogą to ciekawe -  jak ten dzień obchodzić?), Polski Dzień Przytulania, Dzień Żółwia (który był całkiem niedawno), Dzień bez Papierosa, Dzień Wiatru, Dzień Pocałunku, Dzień Mleka, a nawet Międzynarodowy Dzień Latarni Morskiej… I można tak wyliczać jeszcze długo, długo… Zawsze znajdzie się dobra okazja do świętowaniaJ
     Dziś za to obchodzimy Dzień Piwowara! Czyli dzień wszystkich tych, którzy uczestniczą w procesie tworzenia piwa. W związku z tą okazją, wybierając się do mojej ulubionej kawiarenki, w której pomiędzy spoglądaniem na morze, staram się pracować, zamiast kawy po grecku, zamówiłam sobie piwo!
     Najbardziej popularnym greckim piwem jest Mythos, co po polsku oznacza „mit”. Grecja nie jest jednak krajem, który z piwem może się kojarzyć. Mimo, że nazwa tego piwa jest bardzo romantyczna, Mythos szczególnym smakiem nie zachwyca, choć ma swoich fanów. Korzystając więc z dostępności tych niemieckich, postanowiłam że dziś degustację Mythosa sobie daruję…
     Greckie piwo smakiem raczej się nie odznacza, ale sposobem podawania – jak najbardziej. Właśnie dostałam je w wyjętym z zamrażarki kuflu, co jeszcze bardziej je wychłodziło. Co jednak najistotniejsze, piwo w Grecji zawsze podaje się z dodatkowym „snackiem”. Jest to mała rzecz, dość niepozorna, ale tak wiele zmienia.  Zawsze, obowiązkowo przy piwie znajdować się musi miseczka z chipsami lub mieszanka orzeszków w najróżniejszej odsłonie.  Takie odpowiednio smakowo drobne przekąski, towarzyszą wszelkim innym drobnym używkom (o tym na pewno jeszcze kiedyś).  Samo piwo – lubię od czasu do czasu, ale nie jestem jego zagorzałą fanką. Czasem więc, przyznam szczerze, zamawiam je tylko dla tych orzeszków – zawsze chrupkie i takie słone!
     Kończę już, bo od piwa zaczyna kręcić mi się w głowieJ J J
     Nie zapomnijcie tylko o jutrzejszym święcie! A może by tak  połączyć jedno z drugim i z okazji Dnia Matki, postawić swojej mamie piwko? J J J


Piwo w Grecji podawane obowiązkowo z jakimś snackiem!


Porządna, niemiecka tym razem - piana:)

   

środa, 23 maja 2012

Dostaliśmy klucz od mieszkania… Nie jeden, a 30!... środa, 23 maja 2012


Drzewko cytrynowe


     Tak jest! Stało się! Nadeszła ta wyczekiwana przez nas tak długo chwila - dostaliśmy klucz od mieszkania. I to wcale nie jeden, a 30! Bo jak to w Grecji, do czego powoli się przyzwyczajam, nie odbyło się bez przygód…

     Nauczyliśmy się właśnie, że w tym kraju nie warto załatwiać spraw „delikatnie”, bo nie przynosi to żadnego rezultatu. Jak się okazało, wniosek o przydział mieszkania Janiego, co można było właściwie przewidzieć, po prostu w tajemniczych okolicznościach zniknął!
    Trudno by dociekać, jak to się właściwie stało - zapewne jest to historia godna dobrego kryminału. Ale do rzeczy…
       Kiedy wezwano nas do biura, gdzie przydzielają mieszkania, otrzymaliśmy trzydzieści różnych kluczy. Cudownie! Trzydzieści różnych mieszkań do wyboru, które stoją zupełnie puste. Tymczasem my przez ponad miesiąc z dwoma łóżkami, zestawem walizek i kartonów ciśniemy się w jednym  pokoiku u kuzyna.
    Z poczuciem ulgi, że nasze pomieszkiwanie na walizkach dobiega już końca i uśmiechniętym od ucha do ucha Janim, wędrowaliśmy więc z domu do domu w poszukiwaniu tego jedynego. Mieszkania były w bardzo różnym stanie, bo wiadomo – kiedy otrzymuje się coś za darmo, prawie nikt o to nie dba. Ja jednak gdzieś podskórnie czułam, że i tym razem nie będzie tak łatwo – „coś się tu święci” – chodziło mi po głowie…
      Po dwóch dniach oglądania i bardzo dokładnych analizach, wybraliśmy według nas to najlepsze. No cóż, samo miasteczko pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak kondycja większości domów. Ale kiedy ktoś daje mieszkanie za darmo,  trzeba być już wariatem żeby wybrzydzać.


Widok na dom oraz sąsiadów
   
     Nasz wybrany domek ma całe dwa piętra i całe cztery pokoje. Małą kuchnie, łazienkę z wanną. Jest również i ogródek, w którym można sobie posiedzieć, coś poczytać czy się poopalać. Mimo, że teraz  jest jeszcze porządnie zachwaszczony – ma w sobie ogromny  potencjał: trzy drzewka cytrynowe, jeden dziki grejpfrut, oliwka i wiśnia. Przy tym dwa krzaki rozmarynu i przepięknie pachnący jaśmin! Czego więcej trzeba nam do szczęścia? Może tylko zestawu grabi i łopat oraz pędzli  i farb.
   
     Kolejnego dnia znów znaleźliśmy się w biurze, żeby podpisać  wszelkie papiery i oddać resztę kluczy. Jani z miną jakby wygrał w lotka przywitał się ze starszym mężczyzną, który siedział za wielkim biurkiem.
-No, brawo! Wybraliście! Jeszcze raz przepraszam, za zagubienie waszych dokumentów.  Taki tu bałagan… Ale teraz  już wszystko gotowe. Jeszcze tylko dwa miesiące i możecie się wprowadzać!
      „Jeszcze tylko dwa miesiące!”   jakby ktoś wylał na nas kubeł na wpół zmrożonej wody.
-DWA MIESIĄCE? Ale… dlaczego? – spytał Jani.


Widok na ogródek - czeka nas wiele pracy...

-Zanim oddamy mieszkanie – wszystko trzeba wyremontować.
-Ale… naprawdę nie trzeba… Sami możemy się tym zająć. - powiedział Jani, ale do wyrazu jego twarzy bardziej pasowałby słowa: „błagam cię, zlituj się nad naszym losem – człowieku… daj nam ten śliczny, mały klucz…”
-Jak to nie trzeba! Wszystko będzie zrobione na cacy! Nic się nie martw – dwa miesiące i gotowe!
      Jani błagał jak mógł, patrząc prawie ze łzami w oczach jak odbierają nam ten jedyny, wyczekiwany i wybrany klucz od domu. Przed remontem zapierał się rękami i nogami, deklarował że naprawdę wszystko zrobimy sami i nawet podpiszemy, że stan mieszkania jest idealny. Każdy kto przez choć jakiś czas mieszkał „na walizce” wie, że na dłuższy czas jest to nie -  do – zniesienia. Grecy jednak mają taką cechę, że kiedy się na coś uprą – nie ma na nich siły, do niczego nie dadzą się przekonać. Są naprawdę niesamowicie upartymi ludźmi.
-Posłuchaj mnie młody człowieku… - starszy mężczyzna aż wstał zza biurka. – To jest moja praca i wykonuje ją już od trzydziestu lat. Moim zadaniem jest – remontować. Kazali mi doprowadzić ten dom do porządku i jak Bóg mi światkiem – ja to zrobię! Trzeba się szanować, młody człowieku i zasługujesz na to, żeby mieszkać w godnych warunkach. I  ja ci je chłopcze, zapewnie. – mężczyzna siadł wyraźnie usatysfakcjonowany ze swojego przemyślnego  monologu. Z uniesioną wysoko do góry głową i typową grecką dumą na twarzy spojrzał na Janiego.


Dalsza część ogródka
    
      Nie wiem, o czym dalej rozmawiali i co takiego Jani mu odpowiedział, bo  już nie byłam w stanie tego słuchać. W każdym razie mężczyzna poszedł trochę na rękę i jego ostatnie słowa brzmiały:
-Trzy tygodnie, młody człowieku. Daj mi trzy tygodnie!

     Nadal więc czekamy. Czasami bliżej wieczora, kiedy robi się już ciemno, wdrapujemy się na wielki płot i przeskakujemy do naszego przyszłego ogrodu. Remontu jednak ani śladu, a od pamiętnej rozmowy upłynął już tydzień. Wygląda na to, że nikt nie dotknął jeszcze nawet klamki.
     Wczoraj jednak nastąpił pewien przełom. Bo kiedy przechodziłam obok domu, zobaczyłam wielką furgonetkę. Z ciekawością podeszłam bliżej i podpatrywałam zza krzaków. Dwaj robotnicy otworzyli drzwi do mieszkania! Po czym spokojnie wyciągnęli drugie śniadanie… Wypalili po papierosie i zostawili dwa papierowe kubki niedopitej kawy. Innych rezultatów  pracy brak…
     Pozdrowienia z jak zawsze wesołej Grecji!


Krzak rozmarynu



poniedziałek, 21 maja 2012

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – KONKURS! na najprzystojniejszego greckiego piłkarza Euro 2012 :))) … poniedziałek, 21 maja 2012


     
      Do fanów piłki nożnej nie specjalnie należę, ale ten mecze będzie dla mnie wyjątkowy. Już za dwa i pół tygodnia - 8 czerwca, odbędzie się mecz otwierający Euro 2012. Nie zbyt szczególnie obeszłoby mnie to wydarzenie, gdyby nie fakt, że pierwszy mecz będzie rozgrywany  między Polską, a Grecją!!! Zacieram wiec ręce  i czuję dużą szansę, że pierwszy raz w życiu obejrzę cały mecz J
    8 czerwca, godzina 18.00 – już szykuję biało – czerwone farbki i myślę gdzie spędzić te chwile…
    Tymczasem zastanawiam się komu kibicować będą dziewczyny, które mają facetów Greków – to jest dopiero dylemat! … Na szczęście ja nie mam takiego problemu, bo Jani nie jest pasjonatem footballu. Co do mojego kibicowania rozważam dwie możliwości: 1) kibicować Polakom, 2) żeby przez cały czas świetnie się bawić – kibicować tym, którzy aktualnie  wygrywająJ



     W międzyczasie odliczania dni do Euro, proponuje wzięcie udziału w konkursie! No cóż… Piłka to raczej męska rozrywka, ale tym razem konkurs dotyczy głównie pań. Chociaż i panów głos uszanujemy! Niżej znajduje się 11 głównych graczy drużyny greckiej.


Który zawodnik jest według Was najprzystojniejszy ???


    Swojego faworyta wpisujcie, podając imię i numer piłkarza,  w komentarzach. 8 czerwca, wieczorem po meczu – wyniki!!!
Chłopaki na pewno już przed nimi czują stracha! J J J


1: ALEKSANDROS


4: NIKOS
 
 
6: ALEXANDROS




9: ANGELOS


10: GIORGOS


11: LUKAS


14: DIMITRIS


17: FANIS


19: SOKRATES


21: KOSTAS


22: KIRIAKOS

 
      Podziwianie przystojnych Greków to dobry sposób na rozpoczęcie tygodnia. Dla mnie jednak najbardziej energetyzujące jest patrzenie na ludzi, którzy cieszą się z wygranego meczu. Niżej krótki film z 2004, kiedy to właśnie Grecy wygrali Euro. Chciałabym mieć tyle energii przez cały tydzień, co kibice cieszący się z wygranej. Chociaż może byłoby to trochę niebezpieczne…? I chyba mało efektywne, takie nieustanne bieganie z między kuchnią, a pokojem z wyciągniętymi w górę rękami… Komentator tamtego pamiętnego meczu, zupełnie zdarł sobie głos i na koniec nie mógł już nic mówić. Krzyczał właściwie tylko jedno zdanie: „trzymaj puchar najwyżej jak możesz!!!”






    Tymczasem z tego co słyszę na mieście, Grecy  się nas obawiają … Zapowiada się więc naprawdę fascynujący mecz!!!


Z wielką ciekawością czekam na Wasze głosy!!!

Energetycznego tygodnia!!!





piątek, 18 maja 2012

Emigracja potrafi dać w kość, ale … jak było 100 lat temu?… piątek, 18 maja 2012


Dit Vasilovich Boika

    No cóż… Każdy, kto przynajmniej na jakiś czas zetknął się z emigracją, wie że bycie „wędrownym ptakiem” nie zawsze jest łatwe. Czasem przychodzą ciężkie momenty, chce się wtedy  wracać teraz, natychmiast i człowiek czuje, jakby życie podkładało pod nogi jedynie same  kłody. I takie momenty się zdarzają… Być może w takich właśnie chwilach pokrzepiający jest fakt, że kiedyś było znacznie, znacznie ciężej. I nie mam tu na myśli braku internetu, rozmów przez Skype’a, telewizji satelitarnej, czy też telefonów… Przeczytajcie – ile w tej opowieści jest prawdy, a na ile jest ona legendą – tego nie wiem, ale pewnie nie to jest tu najważniejsze…

***

       Mógł być to rok 1930. Gdzieś w zachodniej Rosji osierocone zostało dziecko. Chłopiec miał 10 może 11 lat i dokładnie sam nie wiedział, jak to się stało że jego rodzice umarli. Nie wiedział, czy też chciał o tym szybko zapomnieć, wypierając traumę z pamięci. Podobnie  zapomnieć chciał o tym jak w tych latach żyło się w Rosji. Musiało być naprawdę tragicznie, bo dziesięciolatek tak jak stał postanowił, że ruszy przed siebie. Dołączył do grupy emigrantów, która wędrowała na zachód. Nie wiadomo ile dokładnie zabrała im ta droga, ale po pewnym czasie dotarli do statku, który miał przewieść ich przez morze. Chłopca nie chcieli wpuścić na pokład, bo nie miał przy sobie grosza i nie mógł wykupić biletu. Ale musiał być po pierwsze niesamowicie uparty (nazywają to chyba wolą życia), a po drugie niezwykle sprytny, bo przemknął niezauważony i całą drogę się ukrywał.
      Statek dobił do wybrzeża Grecji i zacumował w Pireusie. Fakt, że dzieciak przeżył - można właściwie nazwać cudem.      
     Dziecko było wygłodniałe. Zapewne musiało wyglądać jak mały szczeniak wypuszczony ze schroniska, w którym zwierzęta raczej się katuje. Jak to się stało, że wszystko wytrzymał – szkoda, że nie umiał pisać, żeby prowadzić wtedy dziennik.
Oliwa z Oliwek kilkanaście lat temu
       Dotarł w końcu do małej wioski, która składała się właściwie z kilku chat. Nieopodal jednej rósł wiśniowy sad. Dziesięciolatek wdrapał się na jedno z drzew i zaczął jeść wiśnie. Jadł tyle, ile mógł. I kiedy tak się zajadał, usłyszał że ktoś biegnie w jego stronę i krzyczy. Chłopak, który był niewiele starszy od niego zrzucił go z drzewa i zaczął okładać.
    Mały gdzieś w środku pękł. I jak się okazało – bardzo dobrze zrobił.
-Boże! Co jeszcze gorszego może mi się przytrafić?! Nie mam rodziców, nie mam nikogo. Jestem głodny, wszystko mnie boli i jeszcze na dodatek mnie biją! – krzyczał po rosyjsku przez łzy.
     Dziwnym trafem, ten który go okładał zrozumiał co mówił mały Rosjanin i natychmiast przestał bić. W tym samym języku spytał się skąd właściwie pochodzi jego ofiara i jak tutaj się znalazła.
     Chłopiec pamiętał, że nazywa się Dit Vasilovich Boika, co później było jedyną pewną informacją w jego dokumentach.
    Starszy chłopak, który jeszcze przed chwilą go bił, rzucił się na małego i tym razem zaczął go przytulać. Jak się okazało po długiej rozmowie i ustalaniu faktów … byli braćmi. Prawdopodobnie, bo przecież w tych czasach mało rzeczy było pewnych.
    Starszy brat zapoznał go z rodziną rolników, która potrzebowała do pomocy parobka. Nazywali go Janisem, a nazwisko przekształcono. Chłopcu się poszczęściło, bo traktowali go jak syna. Brat mieszkał po sąsiedzku i pewnie jeszcze nie jeden raz zajadali się razem wiśniami.
    Po kilku latach, początkowo wszyscy  sprzeciwiali się temu, że młody Rosjanin, który właściwie na dobre zapomniał już  rosyjskiego, związał się z córką swojego opiekuna. Nikt jednak nie mógł na to nic poradzić, bo miłość przecież nigdy grzecznie nie puka do drzwi pytając kogoś o zdanie. Wkrótce odbył się ślub.


Dzieci Oliwy z Oliwek i Dita Vasilovicha Boiki. To najmłodsze jest ojcem Janiego.


     Mimo tego, że mąż Oliwy z Oliwek miał naprawdę ciężkie życie, nawet mimo braku zębów, nie przejmując się tym, na każdym ze zdjęć się uśmiecha. Zdołał zbudować dom i razem z Oliwą wychować czwórkę wspaniałych dzieci. A na znak szacunku, według starej greckiej tradycji, dokładnie tak samo jak dziadek nazwanych zostało trzech jego wnuków. Oliwie z Oliwek i jej mężowi na pewno  nie zawsze było lekko, mimo tego na każdej fotografii jest on uśmiechnięty. Oliwa śmieje się zawsze razem z nim. A do dziś kiedy go wspomina, w jej oczach pojawiają się dwie błyszczące iskierki. „To był tak dobry człowiek…”  - zawsze dodaje.
     Tak bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Niestety, została już tylko ta opowieść czy też  legenda i plik uśmiechniętych fotografii. Jak silny musiał być to człowiek. Jak wiele pewnie miał do opowiedzenia. Na szczęście zostały chociaż te wiekowe już  zdjęcia…


Na tle swojego ogrodu. Podobno robił fenomenalne białe wino:)